Oś czasu użytkownika michal
Wyprawa na Mont Blanc
Wyprawa na Mont Blanc
Miejsce wydarzenia: Chamonix Francja
Współrzędne GPS: 45.83418164183905 6.862335205078125
Lokalizacja punktu na mapie
Wyprawa planowana już dawno temu, ale nie sądziłem, że się uda wyjechać w już w 2009.
Najpierw brakowało doświadczenia, które trzeba było cierpliwie zdobywać w Polskich i Słowackich Tatrach a potem we Włoskich Dolomitach.
Opłaciło się. Zdobyłem potrzebne do tak trudnej wyprawy doświadczenie i co najważniejsze nauczyłem się, że do gór trzeba zawsze poważnie podchodzić. Tu nie ma żartów. Nie ważne jak wysokie są góry, nie ważne czy zima, czy lato, czy piękna pogoda. Góry lubią zaskakiwać, a pogoda zmienia się tam częściej niż się nam wydaje.
Trzeba zawsze mieć dostęp do aktualnej prognozy pogody gdyż piękna pogoda rano nie zawsze oznacza, że taka pozostanie do końca dnia i po południu okazuje się, że znikąd pojawiły się niskie chmury zwiastujące zmianę pogody. Nie ma chyba nic gorszego niż nagłe załamanie pogody i burza w górach, gdzie skały potęgują huk grzmotów i czuje się drżenie ziemi po uderzeniu pioruna.Góry uczą pokory. Człowiek czuje się tam taki mały pośród ogromu otaczających go nagich skał.
Doświadczenie zdobywa się cierpliwością okupioną nieraz ogromnym wysiłkiem i zmęczeniem.W zdobywaniu doświadczenia przydaje się też odpowiedni sprzęt. To nie czasy, gdy alpinista zakładał sweter bawełniany i wysokie zimowe buty i szedł atakować szczyty. Oczywiście szacunek należy się za poświęcenie i trud włożony aby w osiągnięcie celu, ale teraz należy korzystać z osiągnięć techniki pozwalających łatwiej i bezpieczniej spełniać swoje marzenia.
Pamiętam jak zaczynałem moją przygodę z górami. Kilkudniowe wypady w Tatry z podstawowym wyposażeniem na jakie składają się: odpowiednie buty trekkingowe (najlepiej wysokie nad kostkę), nieprzemakalną kurtkę i ... właściwie tyle :)
Po latach wałęsania się po górach wiem, że nie ma co oszczędzać na sprzęcie. Czyli butach, bieliźnie, polarach, kurtkach, spodniach (jeansy to najgorszy z możliwych wyborów), słowem kompletne ubranie plus akcesoria (dobry termos, ew. palnik z kartuszem, scyzoryk, nawigacja itp.)Ale do rzeczy. Wyjazd zaplanowaliśmy na 17 lipca ... i tu zaczyna się opowieść.
Wyjazd wieczorem i następnego dnia lądujemy w małej miejscowości Les Houches niedaleko Chamonix u stóp Białej Góry.
Rozbijamy namioty i poznajemy okolicę, a trzeba przyznać, że góry robią wrażenie. Szczególnie jęzory lodowców sięgających dna dolin. Trudno zasnąć, bo podniecenie udziela się wszystkim.
Następnego dnia rano pobudka. Powoli wykluwamy się z namiotów i o 8 wymarsz. Idziemy popularną drogą przez Kuluar Spadających Kamieni. Pierwsza część dość łatwa. Jedyna trudność to dojście asfaltem do dolnej stacji kolejki (będzie ze 200m asfaltem), która wynosi nas na wysokość z 800m na 1700m. Potem szybka przesiadka na następną kolejkę zębatą (działającą wyłącznie latem), tym razem "lądujemy" na wysokości 2300m. Stąd już wyłącznie na nogach. Zakładamy ciężkie plecaki (namioty, liofilizowane jedzenie, raki, śpiwory) i jazda, a raczej "z buta".Całe 5 godzina trwa wspinaczka na wysokość ok. 3200m w okolice schroniska Tete Rouse gdzie rozbijamy namioty w śniegu (a jest go tam już nie mało bo ok 1m). Nie jest to łatwe zadanie. Trzeba wcześniej dobrze udeptać sobie podłoże, bo spać się nie da jak pod plecami uwiera gruda twardego śniegu. Po parudziesięciu minutach wreszcie udaje się rozbić namiot. Mocujemy linki namiotu wokół kamieni, których tam nie brakuje, a które trzeba sobie wcześniej wykopać spod śniegu. Potem chwila odpoczynku i czas na uzupełnienie płynów i paliwa w postaci gorącej liofilizowanej zupy. Póki co wody nie brakuje ponieważ śnieg się topi i tworzy małe kałuże z których to bierzmy wodę do gotowania. Potem mała toaleta w zawieszonym nad przepaścią wc (aby efekt wysiłku już bez trudu spadł w czeluście) i szykujemy się do spania. Nie możemy usnąć. Może z zimna a może z podekscytowania bo już jutro staniemy prawie na 4000m a przed nami najtrudniejszy fragment podróży czyli ściana wysoka na 600m ze swoim kuluarem.
Przed zachodem słońca jeszcze kilka fotek, bo ostatnie promienie słońca ślizgające się po chmurach zawieszonych nisko pod nami robią niesamowite wrażenie. No i cisza. Nie słychać zupełnie niczego. Wiatr ustał, żadnych samochodów, żadnych odgłosów cywilizacji. Jest bajecznie. Zmęczeni wspinaczką i wysokością pakujemy się w namioty i szybko zasypiamy.
Wstajemy wcześnie, żeby wcześniej wyjść i uniknąć spadających kamieni (niektóre podobno wielkości telewizora, ale my widzieliśmy "zaledwie" wielkości mikrofalówki). Sam żleb przechodzimy dość szybko ubezpieczeni na linach. Na szczęście żaden większy kamień nas nie bombarduje.Na początku jest dość łatwo, a potem jak już się dojdzie do samych skał robi się jeszcze łatwiej, jak ktoś się oczywiście dobrze czuje podczas takiej skalnej wspinaczki. Z uwagi, że jesteśmy spięci liną, podróż trwa nieco dłużej, ale jest w miarę bezpiecznie. Po ok 5h docieramy wreszcie na wysokość 3800m, gdzie w okolicach schroniska Goutier w śniegu (ok 30m grubości) rozbijamy namioty wcześniej wykopując w śniegu coś na wzór jamy, żeby porywisty wiatr nie zabrał nam dobytku podczas ataku szczytowego. Teoretycznie nie można rozbijać namiotów przy schronisku, ale miejsce biwakowania jest na tyle oddalone od samego schroniska, które i tak pęka w szwach, że bez problemu można rozbić namiot. Na tym poziomie wszelka aktywność fizyczna jest nieco osłabiona i w dużej mierze zależy od predyspozycji i aklimatyzacji każdego z nas.
Wysokość daje się już we znaki. Osoby niezaaklimatyzowane zaczynają wymiotować. Mnie na szczęście omija ta średnia przyjemność, ale z uwagi na niską zawartość tlenu, serce wali jak szalone 120/min.Samo kopanie dziury w śniegu nie należy najłatwiejszych zajęć. Kilka godzin wspinaczki plus niska zawartość tlenu robią swoje, więc co chwilę zmieniamy się przy łopacie.
Po ok 2h namioty okopane i rozbite, można zabrać się za organizowanie jedzenia i picia, którego potrzeba bardzo dużo na tej wysokości. A nie należy to do najłatwiejszych zadań. Wody niestety w stanie płynnym nie ma, trzeba topić śnieg. Mimo, że na tej wysokości woda wrze w niższej temperaturze, to gaz spala się znaczniej gorzej z uwagi na małą ilość tlenu. Wreszcie po godzinie mamy zalane pierwsze "liofile" i woda topi się na herbatkę.
Muszę przyznać, że mnie osobiście jedzenie z torebki nie specjalnie smakowało, ale znam osoby, które twierdziły, że jest bardzo smaczna.Wreszcie kładziemy się spać, bo pobudka o 2 nad ranem.
Rozkładamy śpiwory i pakujemy się w nie właściwie w bieliźnie. To kolejna ważna rzecz. Śpiwory puchowe (a jedynie w takich można dość komfortowo spać przy temperaturze -15, -20C) muszą zagrzać się od ciepłoty naszego ciała, więc im mniej na sobie mamy ubrań, tym szybciej zagrzeje się w śpiworze.
Próbuje zasnąć, ale jak się okazuje zbyt mała aklimatyzacja nie pozwala mi zakosztować snu w objęciach Morfeusza. Serce wali szybko więc organizm przegrzewa się, odkrywam się, a tu -15C, więc się przykrywam i znów zaczynam przegrzewać ... i tak w kółko. Modlę się, żeby 2 szybko nadeszła. Kiedy wreszcie udaje mi się osiągnąć jako taką równowagę pomiędzy moją temperaturą a zmęczeniem poprzez ciągłe wentylowanie, usypiam. Niestety pobudka przerywa krótki szarpany sen.
Czas się ubierać a to nie takie proste. W namiocie kilkanaście stopni na minusie, a w śpiworze ok 25 na plusie. Różnica gigantyczna. Jakoś jednak wciągam w śpiwór getry i spodnie i udaje mi się ubrać. Teraz kolej na koszulki, jeden polar, drugi polar, kurtka, jedna czapka, druga czapka, jedne rękawice, drugie rękawice..... i trzeba jakoś założyć raki. W namiocie się nie da, bo można podziurawić materiał, więc trzeba wyjść na zewnątrz a tam mmmrrrróóózzzzz. Nie da się raków założyć w podwójnych rękawicach, więc zdejmuję wierzchnią parę i jak najszybciej (ręce strasznie marzną) zakładam raki. Wiatr mało głowy nie urwie, szarpie namiotem tak, że nic nie słychać poza tym upiornym dźwiękiem. Jest tak ciemno, że nie widać kompletnie nic. Świecimy czołówkami. Widoczność kilka metrów, więc światło czołówek ginie we mgle. Wreszcie po prawie godzinie od pobudki, wszyscy gotowi i wyruszamy na szczyt.
Z każdym metrem w pionie jest coraz gorzej. Żołądek jakby pytał "stary co Ty mi robisz". Przełykam mocno ślinę i krok za krokiem posuwamy się w górę. Każdy krok to wielki wysyłek dla organizmu. Nie narzekam, ale błogosławię osoby słabsze, które co kilka metrów zatrzymują się aby odpocząć. Grupa zatrzymuje się i możemy chwilę odpocząć. Widoczność może 2 metry. Śnieg pada poziomo, wiatr dmie niesamowicie wciskając śnieg wszędzie gdzie się da.Na szczycie kompletnie nic nie widać, jedno zdjęcie (pozostałe aparaty zamarzły) i szybko w dół. Mijamy po drodze szczeliny tak głębokie, że nie widać dna. Coś potwornego ale i zarazem pięknego. Momentami wiatr wieje tak silnie, że idziemy na czworakach. Koszmar.
W obozie widać efekty naszej pracy przy namiocie. Na szczęście nasze namioty zostały dobrze przygotowane, czego nie można powiedzieć o namiotach grupy Czechów. Jeden całkiem porwany przez porywisty wiatr, drugi kompletnie zapakowany śniegiem, po sam sufit. Współczuje mieszkańcom. Potem szybkie pakowanie i w dół. Pionową ścianę 600m pokonujemy w 3h. Część z nas zostaje na 3200 przy schronisku (nie ma siły już iść), my (ja, Dorota, Kawka, Krzychu i Krzychu) lecimy na sam dół. Marzymy o prysznicu i pizzy zakropionej browarem. Z każdym krokiem łatwiej oddychać, ale stopy bolą od ciągłego szybkiego marszu. Spieszymy się, żeby zdążyć na ostatnią kolejkę zębatą, która zawiezie nas na ostatnią kolejkę linowa na dół. Tak bardzo się spieszymy, że zdążamy na przedostatni kurs.
Jest już ciemno, kiedy docieramy na dół na pole namiotowe. Pół godziny pod prysznicem i wreszcie wymarzone jedzonko i browar.
Jesteśmy strasznie odwodnieni. Wypijamy może po 2 litry mineralnej a potem poprawiamy kilkoma browarami. Potem nocleg. Co chwila ktoś z nas się podnosi i sięga po zawczasu przygotowaną wodę. Trochę szarpana, ale jakże regenerująca noc.
Następnego dnia dochodzi do nas reszta grupy. Wracają potwornie zmęczeni. Załamała się pogoda i wiało tak strasznie, że ledwo zeszli.
Kiedy wreszcie wszyscy się umyli, zjedli i spakowali możemy jechać na szybkie zwiedzanie Chamonix a potem prosto do domu.
Kiedy następnym razem? Nie wiem, ale pewnie już za jakiś czas, bo góry wciągają....
Załączone zdjęcia
Komentarze do wydarzenia
Maggie_St
2010-03-22 21:41:53
Naprawdę podziwiam, bo ja nie miałabym odwagi. Wejście na Trzy Korony dla mnie okazało się traumatycznym przeżyciem więc sądzę, że tu w połowie drogi dostałabym globusa i histerii na dokładkę.... :)
Wydarzenia
Chmura tagów
Jezioro Genewskie Mała Strana Beethoven zabrze kielce Crikvenica luwr Mozart most amterdam walc pola elizejskie samolot lot wiatrak Chorwacja Szwajcarzy Dramalj biała góra chris botti marihuana taniec Zagrzeb autobusy klimat Adriatyk zakochani świeradów Gatwick paryż prostytucja wdk bastylia Praga przepriowazdka walczyk muzea holandia Rijeka sex zabawa opera Genewa muzyka Hradczany Most Karola Luton Krk narty karnawał iglica Szwajcaria tulipan kolejka laski trąbka wieża eiffla bal łuk zegarki kanał Praha depresja Czechy narkotyki Wiedeń szkola Dunaj tango siata
O autorze
Dołączył: 2009-12-11
Wydarzeń: 19
Wydarzenia tego użytkownika
- Koncert, koncert, koncert
- U stóp Białej Góry
- Genewa
- Orlean i zamki
- Paryż
- Słodka stolica
- Amsterdam
- Berlin
- Praga (na południe)
- Pierwsze zimowe wejście latem
Twoje wydarzenia
Już nie musisz pamiętać o datach wszystkich wydarzeń.
Snapki.pl zrobią to za Ciebie!
Losowe aktywne profile
Dołączył: 2010-06-02
Wydarzeń: 1
Dołączył: 2010-02-11
Wydarzeń: 1
Dołączył: 2010-12-27
Wydarzeń: 1
Dołączył: 2010-06-02
Wydarzeń: 11
Dołączył: 2010-06-03
Wydarzeń: 2
Ostatnie komentarze
No, ja wyglądam dziś jak raczek, i do tego okropnie piecze.... A nie było to w tak...
Małopolski Piknik Lotniczy
Najlepsze koncerty Turnaua to te w Studio. I to chyba głównie za sprawą publiczności.
U Turnaua na imieninach
Mięso pewnie też nie wiadomo z czego, może z wielbłąda...? Ale mimo wszystko brzmi...
Tunezja
kuchnia bardzo różnorodna. W hotelu wiadomo, część było robione pod europejczyków...
Tunezja
































