Oś czasu użytkownika michal
Pierwsze zimowe wejście latem
Pierwsze zimowe wejście latem
Miejsce wydarzenia: Canazei
Współrzędne GPS: 46.46576827816456 11.781806945800781
Lokalizacja punktu na mapie
Wydawało by się, że pogoda wymarzona. Wcześniejsze obserwacje meteo potwierdzały ten fakt. Śnieg który zalegał na stokach i zboczach Dolomitów miał stopnieć w miarę jak temperatura mozolnie wspinała się w górę. Rzeczywistość okazała się jak zwykle to bywa zgoła inna. Ale po kolei....
Wypad w Dolomity zaplanowany z Krzyśkiem kilka tygodni wcześniej. Koniec czerwca wydawał się idealny, a sam fakt, że byłem już tam w tym terminie potwierdzał tylko wybraną przez nas datę.
Na tydzień przed wyjazdem okazało się, że ten rok, a właściwie ta zima jest inna niż wszystkie poprzednie. Nie dość, że dosypało śniegiem jak nigdy to jeszcze niska temperatura na stokach pozwalała mu spokojnie wylegiwać się w alpejskim słońcu.
Mając potwierdzoną rezerwację w hotelu spokojnie czekaliśmy na dzień wyjazdu obserwując jak z dnia na dzień ubywa białego puchu. Na dwa dni przed wyjazdem wydawało się, że zima postanowiła swoje działania w rejonie Dolomitów przerwać. Widok z kamer oraz prognoza pogody nastrajały dość optymistycznie. Co prawda na drugi dzień po przyjeździe zapowiadano deszcz, ale liczyliśmy na szybszą poprawę pogody. Jakże bardzo się myliliśmy.Po 12 godzinach jazdy zameldowaliśmy się w hotelu. Hmm..., może słowo "zameldowaliśmy" nie bardzo tu pasuje, ponieważ wyglądało to tak, że z parapetu wzięliśmy przygotowany przez nieobecną właścicielkę klucz do hotelu, gdzie leżały już przygotowane dla nas klucze do pokoi.

Przepakowaliśmy się szybko w małe plecaki zabierając podstawowe rzeczy potrzebne w górach: termos herbaty, termos kawy, kilka czekolad, kanapki, nawigację, mapy no i komplet odzieży, również na zmianę, i ruszyliśmy w kierunku kolejki linowej która miała nas zabrać na wysokość 2100m, praktycznie pod samą ferratę.Na miejscu pierwsze rozczarowanie, z uwagi na przedłużający się remont, kolejka nieczynna tego dnia. Pełni sił i zapału ruszyliśmy w górę na nogach. Collac wydawał się tak bliski, prawie na wyciągnięcie ręki. Treking pod ferratę trwał ponad godzinę (600m w pionie) w nasilającym się deszczu.
Parę minut później założywszy uprząż zaczęliśmy się wspinać. Wspinaczka nie należała do najprzyjemniejszych, gdyż ciągle lało nam się za kołnierze. Wzmagający się deszcz spływał po skałach i skutecznie utrudniał nam wspinaczkę. Zmęczenie i zmoknięci zameldowaliśmy się na szczycie prawie 2h po starcie, co uważam za i tak niezły wynik w takich warunkach. Na szczęście intensywność deszczu nieco zmalała więc na szczycie spędziliśmy chwilę racząc się gorącą herbatką i czekoladą. Treking powrotny trwał dobre 2 godziny. Pokonaliśmy w pionie ponad 1100m w górę i w dół, więc zmęczenie wydawało się słuszne. Do hotelu wróciliśmy przed wieczorem, gdzie wyczerpani całonocną jazdą i wspinaczką rozeszliśmy się do pokoi by jak najprędzej położyć się spać.
Następny dzień przywitał nas rzęsistym deszczem i spadkiem temperatury tak dużym, że na szczytach gór zaczęło się bielić. Śnieg z deszczem skutecznie pokrzyżował nam plany. Niestety cały dzień spędziliśmy w hotelu z niepokojem patrząc w niebo. Pełni nadziei na następny dzień oraz prognozy, które obiecywały znaczną poprawę pogody poszliśmy spać.Rankiem okazało się, że przez całą noc natura nie próżnowała i posypała wszystko powyżej 2500m świeżutkim śniegiem. W związku z tym zdecydowaliśmy się udać się na ferratę prowadzącą na wierzchołek La Mesoli 2727m. Start przy jeziorze Fedaia, skąd prowadzi ścieżka pod ferratę (prawie 600m w pionie). Jak się okazało na ścieżce (której trasę pokazywała już wyłącznie nawigacja) leży prawie 20cm śniegu. Jak się należało spodziewać w miarę jak przybywało nam metrów przybywało i śniegu.
Tuż przed wejściem na ferratę było go ok 70cm. Musieliśmy się przedzierać przez świeży śnieg w którym zapadaliśmy się po pas. Koszmarnie zmęczeni odpoczęliśmy dłuższy czas przy ścianie wejściowej na szczyt. Należy nadmienić, że początkowo ferrata jest trudna technicznie z uwagi na brak naturalnych ułatwień w postaci ukształtowania skały. Trudności powiększył zalegający lód i śnieg w szczelinach skalnych. Sama wspinaczka na szczyt nie jest specjalnie długa, ale wspomniana pionowa ściana plus trudności w utrzymaniu się na oblodzonej skale opóźniła wejście o kilkanaście minut. Co chwila zsuwający się śnieg łomotał nam po kaskach.
W końcu zmęczeni dotarliśmy na szczyt a właściwie grań, którą należy przesuwać się na wschód. Jako, że niemal cały czas idzie się szczytem grani, raz w dół, raz w górę, ferrata należy do trudniejszych w Dolomitach. Niewątpliwą zaletą tej drogi jest fakt, ze co chwila można zrezygnować z dalszej wspinaczki i skorzystać z drogi odwrotu, co też uczyniliśmy po kilkudziesięciu metrach walki z wiatrem i śniegiem. Niewątpliwą zaletą zaśnieżonych stoków jest to, że błyskawicznie można dostać się po nich na sam dół, schodząc prosto w dół jak po piachu, uważając aby nie zapaść się zbyt głęboko, co może skutkować skręceniem lub nawet złamaniem nogi.
Wyczerpani wróciliśmy do hotelu, gdzie po obiadokolacji udaliśmy się na zasłużony odpoczynek.Przedostatni dzień postanowiliśmy poświęcić na pokonanie jednej z trudniejszych ferrat w okolicy w grupie Sasso Lungo. Zaparkowaliśmy samochód na parkingu przy dolnej stacji kolejki, która zabrała nas na Forcella Sassolungo 2681m skąd już po grubej warstwie śniegu zeszliśmy do schroniska Rifugio Vicenza 2253m. Stamtąd już zaczynał się początek szlaku na farratę. W miarę jak przybywało nam wysokości, przybywało i śniegu. Ostatnia część podejścia pod samą ferratę wiodła dość stromym piarżyskiem. Całe piarżysko pokryte było grubą warstwą dość stabilnego śniegu.
Od tego miejsca wspinaczka zaczęła się po skałach, ale wciąż bez żadnego zabezpieczenia. Poręczówki zaczynają się znacznie wyżej tuż za ścieżką przebiegającą przy samej skale. Ścieżka ta jak się potem okazało była kompletnie zasypana tworząc niebezpieczną śliską nawierzchnię. Postanowiliśmy poruszać się tuż przy skale w szczelinie oddzielającej blok skalny a nawiany śnieg. Trzeba było uważać, gdyż momentami zapadaliśmy się po pas a wtedy bliskie spotkanie twarzy ze skałą mogło skończyć się nieciekawie.
Niestety w miarę jak mozolnie posuwaliśmy się do przodu warunki pogarszały się. Z minuty na minutę śniegu przybywało, który skutecznie maskował wszelkie możliwe trasy. Celem ominięcia dość stromo nachylonego zbocza pokrytego białym puchem, zaczęliśmy się wspinać wydawałoby się dość przyjemnie ukształtowanym zboczem. Niestety to co wyglądało dobrze z dołu przestało tak wyglądać z góry. Skała była miejscami zasypana śniegiem co utrudniało znalezienie jakiegokolwiek miejsca na postawienie nogi. Na dodatek okazała się dość krucha, więc po kilku metrach prób ostatecznie zrezygnowaliśmy z dalszej wspinaczki.
Szkoda zdrowia lub życia. Góra stała tu 1000 lat temu więc i następne kilka postoi. Wycofanie się z trasy wymagało maksymalnego skupienia, więc zejście do piarżyska zajęło nam znacznie więcej czasu niż samo tam dostanie się. Przyspieszyliśmy dopiero po zejściu ze skał i w schronisku byliśmy parę minut później, mocno nadrabiając na śniegu. Z rozmowy z kucharzem wynikło, że jeszcze nikt w tym roku nie przeszedł całej ferraty i jak dotąd wszyscy wracali do schroniska podobnie jak my.
Musieliśmy wyglądać na wyczerpanych, gdyż zgodził się ugotować nam spagetti mimo, że kuchnia zamknięta była od 2 godzin. Po posiłku, za radą sympatycznego kucharza udaliśmy się inną drogą na parking, obchodząc całą górę na około bez konieczności wspinania się na Forcella Sassolungo. Parę minut po 20 zameldowaliśmy się na parkingu. Kolejny "lajtowy" dzień okazał się wyczerpujący.
Ostatniego dnia postanowiliśmy darować sobie wspinaczkę po ferratach mając w pamięci doświadczenia dni poprzednich oraz perspektywę długiej drogi do domu i zrobiliśmy sobie solidny treking po okolicznych przełęczach, na koniec wyjeżdżając kolejką na Sass Pordoi 2950 m, skąd podziwialiśmy panoramę doliny Val di Fassa.Potem szybkie pakowanie, kawa zagryzana strudlem i pożegnawszy się z Dolomitami wyjechaliśmy do domu.
Jak się okazało po raz kolejny góry lubią zaskakiwać i z pozoru dobra pogoda może stanowić zagrożenie życia lub zdrowia. Dlatego też należy zawsze być dobrze przygotowanym do każdej wyprawy i mieć świadomość, że w każdej chwili trzeba będzie podjąć decyzję o odwrocie. Nigdy bowiem nie wiadomo, kiedy może być na to za późno. Góry są tak samo piękne jak bardzo potrafią być niebezpieczne. Załączone zdjęcia
Komentarze do wydarzenia
Wydarzenia
Chmura tagów
Crikvenica siata trąbka Vasa Adriatyk Gripsholm berlin narty Grzegorz świeradów Greenwich Klub Studio AGH Most Karola Turnau Sztokholm chambord białe noce Rysiu opera koncert belgia Zagrzeb pałac loara Rijeka król Chorwacja Beethoven Kraków impreza łuk metro zabrze Waza czekolada rynek Szwajcarzy wiosna brama brandenburska Kew Gardens Praga Dorota Miśkiewicz alpy zamki Krk Dunaj rzym Czechy muzyka Baker Street Mozart Wiedeń Szwajcaria Skogas niemcy kwiaty zegarki bruksela Szwecja chris botti Hradczany reichstag Mała Strana orlean Dramalj Jezioro Genewskie Praha unia europejska Genewa
O autorze
Dołączył: 2009-12-11
Wydarzeń: 19
Wydarzenia tego użytkownika
- Koncert, koncert, koncert
- U stóp Białej Góry
- Genewa
- Orlean i zamki
- Paryż
- Słodka stolica
- Amsterdam
- Berlin
- Praga (na południe)
- Londyn 2010
Twoje wydarzenia
Już nie musisz pamiętać o datach wszystkich wydarzeń.
Snapki.pl zrobią to za Ciebie!
Losowe aktywne profile
Dołączył: 2010-06-02
Wydarzeń: 1
Dołączył: 2010-06-03
Wydarzeń: 2
Dołączył: 2010-06-03
Wydarzeń: 1
Dołączył: 2010-06-02
Wydarzeń: 1
Dołączył: 2010-06-02
Wydarzeń: 11
Ostatnie komentarze
No, ja wyglądam dziś jak raczek, i do tego okropnie piecze.... A nie było to w tak...
Małopolski Piknik Lotniczy
Najlepsze koncerty Turnaua to te w Studio. I to chyba głównie za sprawą publiczności.
U Turnaua na imieninach
Mięso pewnie też nie wiadomo z czego, może z wielbłąda...? Ale mimo wszystko brzmi...
Tunezja
kuchnia bardzo różnorodna. W hotelu wiadomo, część było robione pod europejczyków...
Tunezja


































